Tak umierał każdego kacowego poranka od ponad sześciu miesięcy i wciąż brakowało mu odwagi, aby wyciągnąć sznur zza koszuli, włożyć głowę w pętlę, stanąć na jakimś stołku i odepchnąć się od niego. I umrzeć – raz a dobrze. Być może przełamałby kiedyś poalkoholowy paraliż i uwolnił ziemski padół od swej parszywej osoby, gdyby nie jeden człowiek, którego nazwiska nikt tu nie znał. On bardzo nie chciał, aby Mock umarł, bo wraz z jego śmiercią straciłby cenne źródło zarobku. Ratował go zatem i podtrzymywał przy życiu codziennymi porannymi porcjami eliksiru, który budził alkoholika do działania i pozwalał mu zachowywać kamienną twarz przez wiele godzin pracy, kiedy ścigał bandytów, szantażował informatorów, bił przesłuchiwanych i obcował z wystraszonymi albo całkiem zobojętniałymi dziwkami – często bez końcowego sukcesu. A potem pijak, spocony i roztrzęsiony, wracał do Sierocińca, gdzie zamroczony wódką, walił się w barłóg. Wtedy ogarniał go chemiczny sen, czasami głuchy i czarny jak noc, czasami rwany i pełen koszmarów. Nigdy – pokrzepiający.