Za drzwiami swego pokoiku usłyszał kroki, a potem dźwięk szkła. Na tacy brzęczało remedium na jego poranny ból. Niosący je człowiek powłóczył i szurał bezwładną nieco nogą. Tak, to był on. Weteran wojenny, któremu angielski szrapnel pogruchotał nad Sommą kość piszczelową. Właściciel Sierocińca o nie znanym prawie nikomu nazwisku, ale o znanym wszystkim przydomku. Wrocławski opiekun zbłąkanych, anioł stróż pijaków, włóczęgów, prostytutek, złodziei, gruźlików i morfinistów. Burdelpapa – tak o nim mówił cały Wrocław.
Mock poczuł przypływ nadziei. Ma po co żyć. Za chwilę otrzyma poranną dawkę lekarstwa, które rozleje się po jego kończynach cudownym ciepłem i przekaże mięśniom zwykłe potrzebne do życia impulsy. A potem pozwoli mu zwlec się z szezlonga i stanąć nad poobijaną miską. Tam wyczyści paznokcie, umyje głowę, zedrze brzytwą szczecinę z twarzy. Zrobi to jak zwykle niedokładnie i zatnie się przy tym kilkakrotnie. A potem wypije jeszcze jedną dawkę lekarstwa – niezbyt dużą, w sam raz taką, by iść prosto i nie bełkotać. I znów ze stryczkiem, ukrytym pod koszulą, pójdzie do prezydium policji, gdzie z brawurą będzie wykonywał swe codzienne obowiązki.