– Zazdroszczę wam, Smolorz. – Mock odezwał się niskim, poharatanym przez papierosy głosem. – Zawsze możecie powiedzieć: ja jestem od działania, nie od podejmowania decyzji. Powinniście być stróżem w naszym prezydium, Smolorz, takim, co to się w pas kłania na widok zwierzchnika, a marszczy brwi na ulicznika czy złodzieja. Tak, Smolorz, kiwać głową lub piorunować wzrokiem, to proste i oczywiste. Nie trzeba do tego zbyt wiele myśleć… To takie łatwe mówić sobie: ja jestem od działania, Mock od myślenia.
Asystent kryminalny poczerwieniał jeszcze mocniej, ale nie wyrzekł ani słowa. Zrobił to za niego przełożony.
– Niech pan sobie daruje, Mock, te osobiste przytyki – warknął. – Jest pan równie głupi jak pański człowiek. Kiedy Smolorz panu powiedział, że panna Goldin przyszła tu umrzeć, co pan zrobił? No, co? Zaczął pan działać, o coś pytać? Nie! – wrzasnął nagle. – Pan się położył na barłogu, odwrócił do ściany! Tylko tyle pan zrobił! Czy może coś jeszcze, o czym nie wiem?