– O tym, czy sprawa jest ważna, czy nie – odwrócił się na pięcie i syknął ostrzegawczo – decydujemy prezydent i ja, rozumiecie? Waszym obowiązkiem nie jest dociekanie, dlaczego wam coś zlecam. Znacie takie słowo jak „rozkaz”? Ja dostałem rozkaz od prezydenta Wilhelma Gawelki, a wy ode mnie. Wszystko jasne? Odmaszerować do swoich zadań!
Pokiwali głowami w milczeniu i wyszli. Mühlhaus patrzył na zamykające się drzwi, wydmuchując dym z fajki. Zataił przed nimi, że i Gawelka otrzymał rozkaz. Od człowieka, który mógł w tym mieście wydawać polecenia każdemu, choć każde wyglądało jak pokorna prośba. Nikt jednak tych próśb nie odrzucał, spełniano je na wyścigi i błagano o więcej – w nadziei na wdzięczność. Tym wszechmocnym człowiekiem Wrocławia był bajecznie bogaty przemysłowiec i filantrop pochodzący z rodziny, która założyła jeden z najpiękniejszych wrocławskich parków i ozdobiła miasto wieloma gmachami. Sprawy wschodnioeuropejskich Żydów, którzy masowo przybywali po wojnie do miasta, bardzo leżały mu na sercu.
Był ich rodakiem i miał wobec nich wielkie plany. Nazywał się doktor Richard Schottländer.
IV