Nie wymyślił tej nazwy od nowa – po prostu ją przeniósł z jednej instytucji na inną. A stało się to zupełnym przypadkiem dwa lata wcześniej, kiedy Burdelpapa nie nosił jeszcze swego dziwnego pseudonimu. Naprawdę nazywał się Hans Wesseltoft, a na Śląsk przybył w stopniu feldfebla z Warszawy, która właśnie się stała stolicą nowo powstałego polskiego państwa. Zanim w burzliwych dniach odradzania się polskiej niepodległości został tam rozbrojony – bez większych zresztą oporów ze swej strony – dobrze był poznał ciemne zaułki nadwiślańskiej metropolii. Pewnej nocy trafił z jakąś półpijaną żydowską prostytutką do niepozornej kamieniczki gdzieś na przedmieściach. Tam jego towarzyszkę dotknęły straszne boleści żołądkowe, a on – nie doczekawszy się satysfakcji erotycznej – wdał się w pogawędkę ze stróżem. Konwersacja ta dotyczyła zasad funkcjonowania zakładu, w którym Wesseltoft planował się oddać cielesnym uciechom. Rozmowa była bardzo inspirująca, a wszelkie szczegóły techniczne gość łatwo zrozumiał, ponieważ rodzinny język stróża – jidysz – był przecież z pochodzenia dialektem niemieckim.