To, czego się feldfebel dowiedział, mocno wpłynęło na jego życiowe plany. Tej samej nocy postanowił w warunkach niemieckich skopiować warszawskie przedsięwzięcie. Pomysł na interes był zdumiewająco prosty, lecz wymagał sporego sprytu, którego Wesseltoftowi nie brakowało. Po przybyciu do rodzinnego Wrocławia kupił za liczne zgromadzone, a właściwie nakradzione łupy wojenne nędzny i zrujnowany budynek w podwórzu przy Vorwerkstrasse[1], w którym się niegdyś mieścił sierociniec prowadzony przez bonifratrów. Cena, którą zapłacił, była symboliczna z uwagi na pilne finansowe potrzeby zakonników w trudnych latach powojennych. Ponadto stan techniczny domu oraz jego mało reprezentacyjne położenie – pomiędzy ceglanym murem, placem, na którym składowano węgiel, oraz wypuszczającą śmierdzące dymy fabryką szamotu i wyrobów glinianych – nie przyciągały też tłumów ewentualnych kupców. Wesseltoft niezbyt oryginalnie nazwał swój nabytek Sierocińcem, odmalował go, załatał dziury, odpluskwił, po czym zrobił to, co zamierzał: zaoferował prostytutkom, żebrakom i nałogowcom nocleg – a jak trzeba, to i wikt, łaźnię i opierunek – w zamian za informacje przynoszone z całego miasta.