W ciemnych norach, gdy leżał u boku prostytutek, marzył o rodzinie i życiu małżeńskim, a w późniejszych apartamentach jego dwa małżeństwa rozkwitły w miłości, by później zgnić w rozpaczy i frustracji.
Ulice Wrocławia też były świadkami jego triumfów i upadków. Po melinach mówiono o nim z pogardą lub ze strachem, nigdy obojętnie; w nielegalnych gorzelniach i tajnych klubach dla zboczeńców wystawiano czujki, by móc zawczasu ostrzec swych bywalców, których traktował bezwzględnie i brutalnie. Bandyci nie wchodzili mu w drogę, a dziwki przymilały się z daleka. Wszyscy go znali. Kierował policją kryminalną we Wrocławiu, który później przez jednego szaleńca został zamieniony w twierdzę, a przez drugiego podeptany i spalony żywym ogniem.
Przywołał go do porządku czyjś ostry głos:
– Pułkowniku, jest pan jeszcze z nami czy pańskie myśli całkiem odleciały?
– To bardzo długa opowieść, panowie. – Szpakowaty odpędził obrazy lat minionych. – A my chyba nie mamy zbyt wiele czasu...
– Aby nam wyjaśnić, jak podłożyć bombę, która zwali Stalinowi na łeb ten bunkier o żebrach dinozaura – jeden z mężczyzn spojrzał na zegarek – musi pan snuć długie opowieści?