Mock
Marek Krajewski — Kryminały

Szef wyprostował się, obszedł stół dokoła i stanął za agentem. Oparł mu dłoń na ramieniu. Znów zalśnił sygnet z napisem Ex scientia tridens[2].

– Mamy czas – spojrzał karcącym wzrokiem na zniecierpliwionego współpracownika – proszę mówić, pułkowniku, tak długo, jak pan chce. Proszę nie pomijać żadnych szczegółów. Nikt panu nie będzie przerywał, a potem mój szofer odwiezie pana do lokalu, gdzie przygotowałem dla pana prezent urodzinowy.

Nachylił się nad wrocławianinem i szepnął łamaną niemczyzną:

– Jest blondynką i będzie czekać na pana choćby do rana.

Jubilat uśmiechnął szeroko i zaczął mówić.

– Wszystko się zaczęło w czasie budowy Hali Stulecia. Był ciepły majowy wieczór roku tysiąc dziewięćset dwunastego, równo rok przed uroczystym otwarciem hali...