Mock
Marek Krajewski — Kryminały

Słuchali go w skupieniu, a czas płynął. Myślami przenieśli się do nie znanego im miasta wydzielającego ciężką woń bzów i wilgoć z wielkiej rzeki, czterech jej dopływów i całej masy cieków i strug. Opowieść była tak sugestywna, że przenieśli się w czasie i na chwilę zapomnieli, że jest osiemnasty dzień września czterdziestego siódmego roku i znajdują się w Waszyngtonie. Nie pamiętali, że kilka godzin wcześniej została uchwalona Ustawa o bezpieczeństwie narodowym. Zgodnie z nią powołano do życia Narodową Radę Bezpieczeństwa oraz Centralną Agencję Wywiadowczą. W ciemnym pokoju znajdowali się jej szef admirał Roscoe Hillenkoetter oraz jego czterech najbliższych współpracowników.

Szósty uczestnik spotkania, były niemiecki policjant, a obecnie funkcjonariusz amerykańskiego wywiadu, obchodził tego dnia swe sześćdziesiąte czwarte urodziny. Zamierzał je spędzić w ramionach sprzedajnej kobiety.

Takie najbardziej lubił.

Nazywał się Eberhard Mock.