Obowiązki stróża nocnego nie były specjalnie uciążliwe i tak naprawdę nie on je sprawował, ale jego długoletni przyjaciel Joop, który codziennie około wpół do jedenastej wieczór był spuszczany z łańcucha i znikał wśród belek, desek, szalunków i rusztowań. Krążył wzdłuż parkanu i reagował szczekaniem na najlżejszy ruch na zewnątrz. Jego pan natomiast – trzymając pod ręką górniczy kilof – zapadał na twardej kozetce w spokojny, ale i czujny sen, z którego raz na jakiś czas wyrywało go szczekanie psa. Wtedy wstawał, wychodził na zewnątrz i w elektrycznym świetle rozstawionych wokół budowy latarń rozglądał się uważnie. Stwierdzał zwykle, że pies po raz kolejny szczeka albo na jakieś zwierzę wychylające się z parku Szczytnickiego, albo na zmęczonego pijaka, najpewniej parobka, który akurat urynuje pod płotem, by potem chwiejnym krokiem wrócić na pobliski folwark Zielony Dąb. Stróż robił wtedy obchód, po czym wracał na swą kozetkę i zamykał oczy w łagodnym półśnie. Dobiegał sześćdziesiątki i nie musiał spać tyle co młodzieniec. Wystarczyło mu codzienne osiem godzin przerywanego obchodami snu, a zmęczenie odsypiał w te rzadkie dni, kiedy budowy pilnował jego dochodzący z miasta zmiennik.