Mock
Marek Krajewski — Kryminały

Podczas dzisiejszego dyżuru pierwszy alarm nastąpił o wpół do jedenastej, czyli krótko po opuszczeniu budowy przez ostatniego robotnika. Spowodował go włóczęga, który ukrył się w składzie pił mechanicznych, desek i rusztowań. Uniknął czujności Joopa najpewniej wtedy, gdy ten znajdował się na drugim końcu budowy, od strony Grüneicher Weg[4], dokąd dochodził do jego receptorów węchowych ostry odór zwierząt z pobliskiego ogrodu zoologicznego. Niedługo się cieszył ów włóczęga spokojnym snem. Nadzwyczaj bowiem obowiązkowy pies prychnął w końcu pogardliwie na woń egzotycznych zwierząt i ruszył w swą okrężną drogę wzdłuż parkanu. Natychmiast wywęszył śmierdzącego bezdomnego i – kiedy jego pan właśnie zapadał w drzemkę po wypiciu naparstka pigwówki – wydał ze swego gardła potężne szczekanie i głęboki warkot. Stróż wyskoczył z baraku, pobiegł do ogromnej szopy, skąd dochodziły hałasy, po czym ledwie uratował włóczęgę od śmierci, wyrzucając go z terenu budowy. Spodni jego nie ocalił.

Po obchodzie, jakiego natychmiast dokonał, wrócił do swego baraku, zasnął szybko jak zawsze, ale równie szybko się obudził. Działo się coś dziwnego. Pies nie szczekał mimo jakichś odległych metalicznych dźwięków.