Mock
Marek Krajewski — Kryminały

Kempsky nie był człowiekiem strachliwym. Poprawił pas na kombinezonie, na głowę nacisnął zdefasonowany kaszkiet, chwycił za kilof i wyszedł z baraku. Rozejrzał się w ostrym świetle lamp i gwizdnął na psa. Odpowiedziała mu cisza. Jedynym odgłosem, jaki dochodził do uszu stróża, były dźwięczne uderzenia po drugiej stronie budowy – jakby ktoś walił młotkiem w szyny, na których dwa dźwigi dzień w dzień objeżdżały dokoła wznoszoną halę.

Stróż zacisnął mocno usta, aż zatrzeszczała jego sztuczna szczęka, i napiął mięśnie ramion. Ruszył szybkim krokiem wokół hali, mijając młyny, które za dnia z hukiem mieliły granit na grys i żwir. Obszedł południowy łuk powstającej budowli sąsiadujący z Grüneicher Weg. W mocnym świetle widział belki, rusztowania i szalunki. Pomiędzy nimi zalegał głęboki cień, z którego nie dochodził blask mądrych psich oczu.

Majster drgnął gwałtownie. Na budowie zgasły lampy. Ktoś wyłączył światło. Nie cały plac był jednak spowity ciemnością. Przed głównym wejściem, nad którym wznosił się eliptyczny szalunek, będący zarysem tak zwanej Sali Cesarskiej, paliły się trzy świeczki.