Kempsky podszedł do nich, by zobaczyć, co oświetlają. Poczuł piekący ból w brzuchu. Jakaś gorzka klucha rozsadziła mu wnętrzności i napełniła usta ciepłą kwaśną treścią. Wymiociny, które z niego bluzgnęły, ochlapały łojówki. Za nimi wznosiła się klatka ze zbrojonych prętów. A w niej było coś, co sprawiło, iż stróż opadł ciężko na ziemię i poczuł, jak łzy cisną mu się do oczu.
Jego najlepszy przyjaciel leżał bez życia. Łapy ukochanego psa, którego wychował od małego, przywiązane były do prętów zbrojeniowych. Język zwisał z boku potężnej głowy, a miękki czarny nos wciąż jeszcze był wilgotny.
Pręty tworzyły prostopadłościan o przedłużonych krawędziach. Połączono je cienkim i mocnym drutem wiązałkowym, którego zwoje składowano koło biura. Gdyby klatka miała ściany zamiast pustych przestrzeni, powstałaby regularna trumna, w której spoczywałoby jeszcze ciepłe psie ciało.
– Mamy i dla ciebie taki druciany sarkofag – usłyszał Kempsky. – Prawdziwą ażurową trumnę.
Zdawało mu się, że rozpoznaje ten głos. Odwrócił się, a potem zapadła ciemność.