Mock
Marek Krajewski — Kryminały

Kiedy się ocknął, poczuł zimny wiatr na policzkach i rozkołysany ruch podłogi. Śniło mu się, że płynie statkiem miotanym przez fale. Chciał jęknąć, ale wszelkie odgłosy stłumił knebel o smaku jego własnych wymiocin. Chciał poruszyć rękami, ale były one przywiązane do jakichś zimnych poprzeczek.

I wtedy wszystko stało się jasne. Znajomy głos, który usłyszał przed utratą przytomności, nie rzucał słów na wiatr. Kempsky ocknął się w sarkofagu ze zbrojonych prętów.

Cała budowa wciąż była zatopiona w ciemności, ale prąd elektryczny wykonywał swoje zadanie i wprawiał w ruch linę, na której wisiał kołyszący się lekko wózek. To w nim leżał Kempsky w swym drucianym więzieniu. Wagonik sunął ku górze po stalowej linie łączącej jeden z ruchomych dźwigów z wielkim masztem stojącym na środku przyszłej hali.