Mock
Marek Krajewski — Kryminały

Szósty mężczyzna siedział w kącie gabinetu, z dala od innych. Nie miał przed sobą stolika, lecz tylko onyksową popielnicę osadzoną na długiej żelaznej nodze. Strząsał popiół i starał się zrozumieć każde słowo, które padało od stołu. Nie było to łatwe, choć angielskich dialogów słuchał po kilka godzin dziennie. Lecz wymowa, którą w ciągu roku nauki języka angielskiego słyszał codziennie, była oksfordzka – bezbłędna, nieco pretensjonalna i rozpięta na wysokich tonach. Dzisiaj natomiast brzmienie słów było zniekształcone typowym amerykańskim bulgotem. Z trudem zatem wyłapywał idiomy i rozdzielał w myślach jednosylabowce, które stapiały się ze sobą w porywistym nurcie wypowiedzi. W silnym skupieniu przesuwał palcami po skroniach tak, jakby skórę na czole chciał naciągnąć na głowę. Czuł, jak napinają mu się blizny na twarzy i przypominają boleśnie ten dzień pod koniec wojny, kiedy to w Hamburgu przykleiła mu się do policzków płonąca papa zerwana z dachu podmuchem bomby.