Kiedy nie spałam, robiłam niewiele poza oglądaniem filmów. Nie mogłam znieść zwyczajnej telewizji. Szczególnie na początku budziła we mnie zbyt wiele emocji. Kompulsywnie chwytałam za pilota, skakałam po kanałach, prychałam na wszystko i unosiłam się. Nie umiałam sobie z tym poradzić. Jedynymi wiadomościami, jakie potrafiłam znieść, były sensacyjne nagłówki w lokalnych dziennikach, które widziałam w całodobowym. Szybko rzucałam na nie okiem, kiedy płaciłam za kawę. Bush konkurował z Gore’em w wyborach prezydenckich. Umarł ktoś ważny, porwano jakieś dziecko, senator ukradł kasę, znany sportowiec zdradził ciężarną żonę. W Nowym Jorku działy się różne rzeczy, jak zwykle, ale żadna z nich nie miała na mnie wpływu. Na tym polegało piękno snu: rzeczywistość odkleiła się ode mnie i pojawiała się w myślach jako coś równie niezobowiązującego, jak film albo marzenie senne. Łatwo było ignorować rzeczy, które mnie nie dotyczyły. Pracownicy metra strajkowali. Huragan nadciągnął i przeminął. To wszystko nieważne. Gdyby nastąpiła plaga szarańczy albo inwazja kosmitów, zauważyłabym, ale bym się nie przejęła.