– Louisa Elizabeth Clark. – Zerknęłam na komputer. – Ale tej „Elizabeth” nigdy nie używam. Dopiero jak mnie nazwali, moja mama uświadomiła sobie, że jestem Lou Lizzy. A jeśli powie się to dostatecznie szybko, brzmi jak wariatka*. Chociaż mój tata uważa akurat, że mi to pasuje. Nie żebym była wariatką. To znaczy, na pewno nie chcielibyście wpuścić wariatki do swojego kraju. Ha! – Mój głos odbijał się nerwowo od pleksiglasu.
Mężczyzna spojrzał na mnie po raz pierwszy. Miał szerokie bary i wzrok przeszywający jak paralizator. Nie uśmiechnął się. Zaczekał, aż mój uśmiech zbladł.
– Przepraszam – powiedziałam. – Denerwuję się w obecności służb mundurowych.
Obejrzałam się przez ramię. Przez całą sekcję kontroli paszportowej wiła się za mną kolejka, która zakręcała tyle razy, że aż stworzyła nieprzeniknione, niespokojne morze ludzi.
– Chyba trochę dziwnie się czuję przez stanie w tej kolejce. Serio, to najdłuższa kolejka, w jakiej w życiu stałam. Zastanawiałam się nawet, czy nie zacząć planować w niej świąt.
– Proszę położyć dłoń na skanerze.
– To standardowy rozmiar?
– Skanera? – Zmarszczył brwi.
– Kolejki.