JB: Oczywiście. Na szczęście wygląda na to, że punkt zapalny znajduje się na kierunku azjatyckim, a nie naszym. Aczkolwiek Europejczycy, zwłaszcza Francuzi, rozumieją tę grę. I dlatego prezydent Emmanuel Macron tak pielgrzymuje do Moskwy. On chce przekonać Rosjan, żeby połączyli siły z Europą. Oczywiście z tą nową Europą Macrona, czyli francuską, bez Amerykanów. Zabiegając o to, oczywiście nie liczy się z państwami Europy Środkowo-Wschodniej, traktuje je jako przedmioty w grze mocarstw. Jego propozycja sprowadza się do tego, że Rosjanie staną się quasi-ekspedycyjną siłą wojskową Europy w nowej Eurazji. Razem stworzymy obszar, który będzie równoważył potężne Chiny. Ludziom na Kremlu oczywiście bardzo się to podoba. Ale ten plan, nazwijmy go scenariuszem małej Jałty, nie jest planem amerykańskim. Nie chcą go też Niemcy, które niedawno jakby opowiedziały się po stronie Amerykanów.