Usłyszała skrzypnięcie drzwi i do pokoju wsunęła głowę Łucja, jej siostra.
– Gotowa? – zapytała cicho.
– Daj mi jeszcze chwilę – szepnęła Beata.
– To samo mówiłaś dziesięć minut temu. Jeśli się nie pośpieszysz, spóźnimy się na mszę – odparła Łucja.
– Tak, na mszę nie wolno się spóźniać – mruknęła pod nosem Beata i podniosła się z taboretu.
W przedpokoju matka zakładała kapelusz, a jej siostra czarny, bezkształtny płaszcz. Były do siebie podobne, jednak istniało coś, co bardzo je różniło. Mimo że obie należały do osób głęboko wierzących, Łucja okazywała swoją miłość do Boga w sposób radosny i wyglądała na kobietę szczęśliwą i spełnioną, choć od dwudziestu pięciu lat nosiła habit, matka zaś, odkąd Beata sięgała pamięcią, zachowywała się jak cierpiętnica, która musi dźwigać ciężki krzyż przeznaczenia.
Chciała skupić się na czymś innym niż pogrzeb przyjaciółki. Dlatego przyglądała się czujnie dwóm kobietom, które należały do jej najbliższej rodziny. Teraz tylko one jej zostały.