Po mszy podeszła do Piotra i Weroniki. Sądziła, że dziewczyna będzie rozpaczała, a nawet histeryzowała, ale ona miała zaciśnięte w podkówkę usta i wzrok pełen wściekłości. Pomyślała, że jednak słabo znała swoją chrześnicę, ponieważ takiej reakcji po śmierci najbliższej jej sercu osoby nie przewidziała.
Uścisnęła oboje i powróciła do matki i Łucji. A przecież byli ze sobą bardzo blisko i zapewne nikogo nie zdziwiłoby, gdyby została w ich towarzystwie. Coś jednak nakazało jej, by się wycofała.
– Łucjo, czy to normalne zachowanie? – szepnęła do siostry. – Mówię o Weronice…
– Rozpacz niekiedy przybiera różne formy. Złość bywa taką reakcją.
– Złość na Boga? Na świat?
– Nie, na osobę, która odeszła. Wiem, że to irracjonalne, bo przecież Agnieszka nie popełniła samobójstwa, ale uległa wypadkowi. Zapewne chciała żyć i zobaczyć kiedyś swoje wnuczęta. Jednak teraz w głowie jej córki mnożą się scenariusze, że gdyby tego dnia jej matka nie wyszła z domu, nie znalazła się na dworcu, nie chciała pojechać akurat tym pociągiem, zapewne wciąż by żyła. Być może upłynie wiele czasu, zanim uświadomi sobie, że tam, na górze, ktoś już dawno temu zapisał datę tej śmierci.