Hania zerknęła najpierw na pana Witolda, a później na Ninę. Starała się być opanowana, ale wewnątrz czuła narastające napięcie. Znała Ninę, choć nie widziały się od dawna, a właściwie od 1939 roku, kiedy to Hania po raz ostatni była w Monachium.
– Wybacz, ale raczej nie mamy sobie nic do powiedzenia – odparła sucho i nieco wyniośle.
– Owszem, mamy! I to bardzo dużo – rzuciła Nina z sarkazmem, mierząc wzrokiem grupkę studentów opuszczających gmach biblioteki. – Przyjechałam do Warszawy wyłącznie z twojego powodu. Jesteśmy rodziną, pamiętasz?
Hania gorączkowo pokręciła głową.
– Bzdura! – syknęła. – Wiesz, że to niebezpieczne… Jesteś Niemką. Niemcy nie są tu mile widziani!
– Wiem, a jednak zaryzykuję. Póki co w Warszawie nic mi nie grozi, a musiałam się z tobą zobaczyć. Chodzi o Johanna…
Johann. Na dźwięk tego imienia Hania poczuła nagłe drżenie. Przez ułamek sekundy kobiety mierzyły się wzrokiem, obserwując bacznie swoje reakcje na wspomnienie mężczyzny, który dla jednej był bratem, a dla drugiej mężem.