Marcowy wieczór był przejmująco zimny, a wiatr nieprzyjemnie hulał po ulicach Warszawy. Hania szczelniej owinęła się wełnianym płaszczem, poprawiła sfatygowaną chustkę na szyi i wolnym krokiem ruszyła przed siebie, w głąb warszawskich ulic. W dłoni ściskała torbę z zakupami, które rano zrobiła na bazarze przy placu Kazimierza Wielkiego. Po kilku minutach minął ją tramwaj, do którego dziś wyjątkowo nie wsiadła, choć zwykle jeździła po mieście komunikacją miejską, bo ból biodra nie pozwalał jej na długie spacery.