– Nagle miałam taki wspaniały sen, że idę po moście... Mówię o 30 czerwca roku 1984 w Bazylei. Ten sen znałam z dzieciństwa, bo często się powtarzał. Raz był brązowo-biały, innym razem kolorowy. Zawsze naprzeciw mnie szła pani w szlafroku z kapturem na głowie i bardzo miło się do mnie uśmiechała. Nagle jej uśmiech tężał, martwiał, właściwie kamieniał. Zaczynałam się jej bać i ze strachu stamtąd odlatywałam. Spadałam z mostu głową w dół, do rzeki, a jak odleciałam dalej, to na trawę. Miałam ten sen w dzieciństwie może trzydzieści razy. Ostatni raz mi się przyśnił w wieku dwudziestu dwóch lat. A teraz w tym śnie, w Bazylei, gdy miałam prawie pięćdziesiąt, potrzebowałam jeszcze szlafroka. Takiego jak tej pani. I kupiłam w domu towarowym, różowy. Uświadomiłam sobie jednak, że on się Pavlowi nie spodoba. Wróciłam, oddałam. Pamiętam, że mówiłam: mąż będzie przeciwny. Sprzedawczynie się obruszyły, że taki mam respekt przed mężem... Idę w tym śnie dalej i na wystawie widzę inny piękny szlafrok. Biały, który od razu kupuję, i wiem, że się Pavlowi spodoba. Następnego dnia naprawdę szłam ulicą i nagle zobaczyłam, że na wystawie wisi szlafrok, delikatny, frotté, bielutki. Szlafrok z tego snu.