Nie to miejsce, nie ten czas
Gillian McAllister — Literatura

Jen patrzy, jak krew zaczyna tryskać, w ogromnych ilościach. Musiała uklęknąć, bo zaczyna być świadoma drobnych kamieni na ścieżce, wbijających się w jej kolana okrągłych kawałków darni. Pochyla się nad nim, rozpina mu kurtkę, czuje ciepło krwi płynącej jej po dłoniach, pomiędzy palcami, przez nadgarstki.

Rozpina mu koszulę. Tors zalewa krew; trzy rany wielkości otworów na monety pojawiają się i znikają w tej powodzi – jakby próbowała zobaczyć dno jakiegoś czerwonego stawu. Zrobiło się jej bardzo zimno.

– Nie! – Jej krzyk jest niski i wilgotny.

– Jen – mówi ochryple Kelly.

Tak dużo krwi. Kładzie go na ich podjeździe i pochyla się, dokładnie się przyglądając. Ma nadzieję, że się myli, ale przez krótką chwilę jest pewna, że już go z nimi nie ma. Sposób, w jaki żółtawe światło latarni odbija się w jego oczach, nie wydaje się normalny.

Noc spowija zupełna cisza i mija chyba kilka minut, nim Jen mruga zszokowana i podnosi wzrok na swojego syna.