Spławiłam go dość dosadnie tylko z jednego powodu – nie chciałam dopuścić do sytuacji, w której znaleźlibyśmy się razem nocą w aucie. Mogłam całkiem dobrze wyobrazić sobie, jak suniemy niespiesznie przez pogrążone w mroku miasto, zatopieni w dźwiękach cichej muzyki. I jeszcze lepiej to, jak niewygodna byłaby to sytuacja.
Od roku unikałam podobnych, a Pabst mi w tym pomagał. Nigdy nie zwerbalizowaliśmy tego, co między nami było – oboje mieliśmy jednak pełną świadomość, czym jest ten nienazwany pierwiastek, który nas łączy.
W końcu musiałam się do tego przyznać. Szczególnie jeśli miałam zamiar zdusić to wszystkimi możliwymi metodami.
W tej chwili jednak dwudziestoparominutowa przejażdżka z Gracjanem, nawet jeśli problematyczna, wydawała się znacznie lepszym wyjściem niż tkwienie tutaj samotnie i proszenie się o kłopoty.
Zerknęłam w stronę ronda Dmowskiego i nabrałam głęboko tchu. Mężczyzna zwolnił kroku, by odpalić sobie papierosa. Zachwiał się przy tym lekko, jakby utrata kontaktu wzrokowego z chodnikiem zakłóciła działanie błędnika.