Chciała mu się jakoś odwdzięczyć, a nie wziął od niej pieniędzy. W końcu zaciekle bronił jej saszetki, należało się mu więc jakoś zrewanżować, nawet jeśli był to bezdomny. Jakaś część pani Yeom powielała nadal wzorce wypracowane w czasach, kiedy była nauczycielką. Była też chrześcijanką, tak jak jej matka. Chciała zachować się jak dobra samarytanka wobec kogoś, kto sam najpierw stał się samarytaninem dla niej. Szli tak przez jakieś piętnaście minut, kiedy wreszcie, na końcu zupełnie niepozornej uliczki, ich oczom ukazał się imponujący gmach kościoła. Znajdowała się tam też uczelnia dla kobiet, dlatego ulicę wypełniały grupki chichoczących koleżanek w dżinsach i sweterkach. Od czasu, kiedy lokalna telewizja zrobiła krótki materiał o budce z przekąskami, codziennie ustawiały się przed nią kolejki. Pani Yeom spojrzała za siebie – mężczyzna rozglądał się z zaciekawieniem po okolicy. Niektórzy ludzie omijali ich szerokim łukiem. Zastanowiło ją, jak ich dwoje musi wyglądać w oczach przypadkowych przechodniów. Cheongpa-dong to była właściwie jej okolica i tam też znajdował się jej sklep.