Najwidoczniej ponownie przeżywał teraz niedawne zajście, bo wyraźnie się zdenerwował. Pani Yeom skrzywiła się lekko na widok pożółkłych zębów i kawałków papryczki utkwionych pomiędzy nimi, ale zrobiło jej się jednocześnie miło, bo widziała, że w mężczyznę wstąpiła nowa siła. Dopił wodę i rozejrzał się.
– A… gdzie… jesteśmy?
– Jesteśmy w Cheongpa-dong. Wie pan, zielone wzgórza.
– Zielone wzgórza… Fajnie.
Chyba uśmiechnął się pod tą swoją gęsta brodą. Podniósł się, zabierając ze stołu pudełko i miskę po zupie. Zachowywał się zupełnie swobodnie i naturalnie. Wyrzucił śmieci do kosza, po czym sięgnął po kawałek papierowego ręcznika i wytarł sobie usta. Ukłonił się potem w pas i odszedł. Pani Yeom patrzyła jeszcze za nim, kiedy szedł w stronę dworca kolejowego, i w końcu weszła do sklepu. Gdy tylko znalazła się w środku, Shi-hyeon zarzuciła ją pytaniami, trzeba więc było zdać jej relację z wydarzeń – od momentu, w którym okazało się, że saszetki nie ma, aż do teraz. Na koniec historii Shi-hyeon wybuchnęła płaczem w przypływie zdziwienia i troski.
– Ciekawy człowiek – powiedziała pani Yeom. – Aż trudno mi uwierzyć, że to bezdomny.