Oczy pani Yeom nagle rozbłysły. Stanęła na równe nogi i wrzasnęła, aż wyskoczyła jej żyła na szyi:
– Co się tu wyrabia?! Co to ma być?!
Mężczyźni nagle zamarli. Pani Yeom podbiegła do nich i trzymaną w rękach torebką uderzyła jednego z bezdomnych w głowę. Kiedy ten masował bolące miejsce, pozostali powoli się wycofywali.
– Złodzieje! Chcieliście mi ukraść portfel! Parszywa banda!
Ludzie zaczęli się schodzić i przyglądać całemu zajściu. Bezdomni jeden po drugim uciekli. Na miejscu został tylko ten przykucnięty. Trzymał kurczowo saszetkę pani Yeom.
– Wszystko w porządku? – zapytała go, podchodząc bliżej.
Mężczyzna podniósł wzrok i spojrzał na nią. Oczy miał podpuchnięte od uderzeń, z nosa leciały mu krew i flegma, twarz miał zarośniętą. Wyglądał jak ranny człowiek pierwotny wracający z polowania. Kiedy zorientował się, że napastnicy uciekli, wyprostował się nieco. Pani Yeom sięgnęła po chusteczkę i schyliła się do niego. Uderzył ją stęchły odór bezdomnego człowieka. Wstrzymała oddech i podała mu chusteczkę, ale mężczyzna pokręcił tylko głową i wytarł nos w rękaw bluzy. Pani Yeom skarciła się w myślach za to, że przejmowała się, czy nie ubrudzi krwią i flegmą jej własności.