Niezwyciężony
Stanisław Lem — Klasyka science fiction

Aż ko­lej­ny au­to­mat, po­chło­nąw­szy swo­ją ta­śmę pro­gra­mo­wą, wy­słał sy­gna­ły do cen­tra­li hi­ber­na­to­ra. W po­wiew zim­ne­go po­wie­trza wmie­szał się gaz bu­dzą­cy. Po­mię­dzy rzę­da­mi koi z pod­ło­go­wych krat dmuch­nę­ło cie­płym wia­trem. Lu­dzie jed­nak dłu­go nie chcie­li jak­by się zbu­dzić. Nie­któ­rzy po­ru­sza­li bez­wład­nie rę­ka­mi; pust­kę ich lo­do­wa­te­go snu wy­peł­nia­ły ma­ja­cze­nia i kosz­ma­ry. Któ­ryś otwo­rzył wresz­cie pierw­szy oczy. Sta­tek był już na to przy­go­to­wa­ny. Od kil­ku mi­nut do­tych­cza­so­wą ciem­ność dłu­gich ko­ry­ta­rzy po­kła­do­wych, dźwi­go­wych szy­bów, ka­jut, ste­row­ni, sta­no­wisk ro­bo­czych, ci­śnie­nio­wych ko­mór roz­pra­szał bia­ły blask sztucz­ne­go dnia. I pod­czas kie­dy hi­ber­na­tor wy­peł­niał po­mruk ludz­kich wes­tchnień i pół­przy­tom­nych ję­ków, sta­tek, jak­by w nie­cier­pli­wo­ści nie mógł do­cze­kać się ock­nię­cia za­ło­gi, za­czął wstęp­ny ma­newr ha­mo­wa­nia. Na cen­tral­nym ekra­nie uka­za­ły się smu­gi dzio­bo­we­go ognia.