– Kto z państwa zamawiał łososia? – pyta kelner. Cóż za wyczucie czasu.
Kiedy unoszę rękę, stawia przede mną talerz. Zdążyłam już stracić apetyt, więc rozgrzebuję tylko widelcem ryż.
– Chwileczkę… – mówi nagle mężczyzna. Spoglądam na niego, ale wyraźnie nie do mnie adresuje swoje słowa. Wpatruje się w mojego ojca.
– Czy to pan…
Jezu, znowu to samo.
Kelner uderza dłonią o stół. Tak mocno, że aż się wzdrygam.
– Tak, to pan! Donovan O’Neil! To pan grał Maxa Epcotta!
Ojciec wzrusza ramionami i uśmiecha się skromnie, choć doskonale wiem, że nie ma w nim za grosz skromności. Chociaż serial, w którym grał, zszedł z ekranu piętnaście lat temu, wciąż zachowuje się tak, jakby był największym dokonaniem w dziejach telewizji. Właśnie tacy ludzie jak ten kelner utrzymują go w tym przekonaniu. Sprawiają wrażenie, jakby nigdy w życiu nie widzieli osobiście żadnego aktora. Na miłość boską, przecież to Los Angeles! Tutaj wszyscy są aktorami!
Wciąż w beznadziejnym humorze nabijam kawałek łososia na widelec, ale kelner przerywa mi, pytając, czy zrobię im zdjęcie. Wzdycham, po czym wysuwam się z boksu. Próbuje mi wcisnąć w dłoń swoją komórkę, ale unoszę rękę i go omijam.