Po wyjściu z kabiny co najmniej minutę myję ręce. Wpatruję się w nie cały czas, omijając wzrokiem lustro. Unikanie swojego odbicia przychodzi mi coraz lepiej z każdym dniem, jednak i tak widzę się kątem oka, kiedy sięgam po papierowy ręcznik. Niezależnie, ile razy patrzę w lustro, wciąż nie mogę się przyzwyczaić do tego, co w nim widzę.
Unoszę rękę i dotykam blizn biegnących po lewej stronie mojej twarzy, przez podbródek i szyję. Znikają pod kołnierzykiem bluzki, ale wiem, że tam są: znaczą całą lewą stronę mojego tułowia, kończąc się tuż pod talią. Sunę palcami po skórze. Blizny są nieustannym przypomnieniem, że pożar wydarzył się naprawdę, nie był koszmarem sennym, z którego mogę się obudzić, szczypiąc się w ramię.