Od jednego Lucypera
Anna Dziewit-Meller — Literatura piękna

Ale choć od pracy bolało je całe ciało, choć zasypiały na stojąco ze zmęczenia w brudnych, nabitych spoconym tłumem tramwajach, każda z nich wolała po stokroć wyjechać ze wsi do miasta, do robotniczego hotelu, gdzie rodzice nie będą już ich trzymać w objęciach, same nie wiedziały, czy czułych, czy próbujących je udusić, nim się w ich oczach poniżą i skurwią. Nie wahały się długo, czy chcą wierzyć tej kłamliwej władzy, która łżąc na ich temat w oficjalnych przekazach i kontrolując je całkowicie, jednocześnie daje im przez moment taką wolność, jakiej nikt im nigdy nie dał wcześniej. Przecież nie wiedziały w owej chwili, że nie ma dla nich żadnego wyzwolenia, jest tylko niewola nowego rodzaju. Wolały żyć w tych świeckich klasztorach, które trzeszczą od tarła. Może nawet jako te kurwy, ale za to żyć po swojemu. Mniej więcej. Przez chwilę, nim wyszło na jaw, że jednak nie są wszyscy równi w tym strumieniu buntu i wściekłości na to, co znali z wcześniejszego życia.