A o łzach i krwi akurat wiedziały one wszystkie w rodzinie sporo, krwi bowiem niemało było na tym podwórku, na którym się wychowywały i one, i Katarzyna. Krew ze świni, krew z wiernej kozy, co swym cuchnącym mlekiem pozwoliła najgorsze dni za Niemca i za Ruska przetrwać, krew z kury, co biegała bez głowy, krew z człowieka. Jedna i ta sama, czerwona, zastygająca w rudy brąz na granitowych nierównych kamieniach, którymi wyłożono plac, ukradzionych skądś, Bóg jeden wie skąd.