Od jednego Lucypera
Anna Dziewit-Meller — Literatura piękna

Ale tamtym razem jednak akurat właśnie krwi zabrakło. Nie pojawiła się między nogami wtedy, kiedy powinna była się pojawić. Któraż dziewczyna nie drżała choć raz z powodu tego lęku, ściągając rajstopy, rolując majtki w dół i widząc, że są całkowicie białe? Któraż nie łkała na zapas, projektując sobie wizję tragicznej przyszłości naznaczonej dramatem wyborów, z których każdy obarczony był jakimś stanowczo zbyt ciężkim odium zrzuconym jej na barki? Która nie budziła się w nocy zlana potem ze strachu, nie mogąc złapać tchu z nerwów? Bo choćby nie wiem jak mówił, że kocha, ostatecznie to nie jemu ten brzuch przytroczą do ciała. A przecież tak często wcale nie kochał, tylko brał jak swoje. Zresztą jakby suka nie dała, toby pies niy wziōn, mówili. Ale kłamali: wziōn by.

Hm... Marijka policzyła dni jeszcze raz uważnie, powoli – no nie chciało być inaczej, spóźnia się. To pierwszy raz, jak się tak spóźnia, albo może po prostu wcześniej jakoś nie zwracała na to uwagi.