Opowieści o pilocie Pirxie
Stanisław Lem — Klasyka science fiction

– Bren­dan za­cho­ro­wał. Lecę za nie­go – od­parł Bo­erst. Pi­rxo­wi zro­bi­ło się na chwi­lę tro­chę głu­pio. To była w koń­cu je­dy­na, ale to je­dy­na rzecz, dzię­ki któ­rej mógł­by się wznieść choć o mi­li­metr wy­żej ku nie­bo­tycz­nym re­gio­nom, w któ­rych żył so­bie Bo­erst, jak­by spe­cjal­nie się o to wca­le nie sta­ra­jąc. Był nie tyl­ko naj­zdol­niej­szy na kur­sie, co Pirx sto­sun­ko­wo ła­two mu wy­ba­czał, a na­wet ży­wił dla ma­te­ma­tycz­nych ta­len­tów Bo­er­sta pe­wien sza­cu­nek – od cza­su kie­dy był świad­kiem, jak Bo­erst zma­gał się dziel­nie z elek­tro­no­wym Kal­ku­la­to­rem i stra­cił tem­po do­pie­ro przy pier­wiast­kach czwar­te­go stop­nia – i nie tyl­ko miał za­moż­nych ro­dzi­ców, tak że wca­le nie mu­siał od­da­wać się ma­rze­niom o dwu­ko­ro­nów­kach za­po­dzie­wa­ją­cych się gdzieś w sta­rych por­t­kach, ale miał świet­ne wy­ni­ki w lek­ko­atle­ty­ce, ska­kał jak sza­tan, świet­nie tań­czył i, co tu dużo ga­dać, był bar­dzo przy­stoj­ny, cze­go nie­po­dob­na było po­wie­dzieć o Pi­rxie.