Opowieści o pilocie Pirxie
Stanisław Lem — Klasyka science fiction

Byli wszy­scy, jak zwy­kle, w mun­du­rach, bar­dzo wy­mu­ska­ni, zwłasz­cza Szef. On zaś, ka­det Pirx, miał na so­bie kom­bi­ne­zon, któ­ry, choć jesz­cze nie na­dę­ty, wy­glą­dał niby dwa­dzie­ścia ra­zem zło­żo­nych ko­stiu­mów, ja­kie nosi bram­karz w rug­by, po­nad­to z obu stron wy­so­kie­go koł­nie­rza zwi­sa­ły mu dłu­gie koń­ców­ki in­ter­ko­mu i ze­wnętrz­ne­go ra­dio­fo­nu, przy szyi bim­bał się wąż za­koń­czo­ny po­krę­tłem apa­ra­tu tle­no­we­go, na ple­cach czuł ucisk re­zer­wo­wej bu­tel­ki, było mu cho­ler­nie go­rą­co w po­dwój­nej prze­ciw­pot­nej bie­liź­nie, a naj­go­rzej we zna­ki da­wa­ło mu się urzą­dze­nie, któ­re spra­wia, że le­cąc, nie musi się wy­cho­dzić za po­trze­bą (zresz­tą w ra­kie­cie pierw­sze­go stop­nia, na któ­rej robi się prób­ne loty, nie bar­dzo by­ło­by gdzie wyjść na stro­nę).

Na­raz cały po­most za­czął ska­kać. Ktoś szedł z tyłu – to był Bo­erst w ta­kim sa­mym kom­bi­ne­zo­nie, za­sa­lu­to­wał ostro wiel­ką rę­ka­wi­cą i sta­nął tak, jak­by miał naj­lep­szą wolę ze­pchnąć Pi­rxa na dół.

Kie­dy tam­ci po­szli przo­dem, Pirx spy­tał zdzi­wio­ny:

– Ty też le­cisz? Nie było cię na li­ście.