Opowieści o pilocie Pirxie
Stanisław Lem — Klasyka science fiction

Wpu­ścił nogi do środ­ka, chwy­cił się ma­syw­ne­go ocem­bro­wa­nia wła­zu, zje­chał ela­stycz­ną ry­nien­ką w dół, nie sta­wia­jąc stóp na szcze­bel­kach (szcze­bel­ki są tyl­ko dla umie­ra­ją­cych pi­lo­tów – ma­wiał Ośla Łącz­ka), i za­brał się do za­my­ka­nia kla­py. Ćwi­czy­li to na „fan­to­mach” i na praw­dzi­wej kla­pie – tyle że wy­ję­tej z ra­kie­ty i za­mo­co­wa­nej na środ­ku sali ćwi­czeń – set­ki i ty­sią­ce razy. Nie­do­brze się od tego ro­bi­ło – lewa kor­ba, pra­wa kor­ba, do po­ło­wy dro­gi, kon­tro­la uszczel­nień, dru­ga po­ło­wa ob­ro­tu obu korb, do­cisk, kon­tro­la na szczel­ność pod ci­śnie­niem, za­głu­sze­nie wła­zu we­wnętrz­ną po­kry­wą osło­ny, na­su­nię­cie osło­ny prze­ciw­me­te­ory­to­wej, wyj­ście ze stu­dzien­ki wła­zu, za­mknię­cie drzwi ka­bi­ny do­cisk, kor­ba, dru­ga kor­ba, ry­giel, ko­niec.