Opowieści o pilocie Pirxie
Stanisław Lem — Klasyka science fiction

– Co ka­det zro­bił­by, na­tra­fiw­szy w pa­tro­lu na sta­tek ob­cej pla­ne­ty?

Ka­det Pirx otwo­rzył usta, jak­by w ten spo­sób chciał wy­go­nić znaj­du­ją­cą się w nich od­po­wiedź. Wy­glą­dał jak ostat­ni na świe­cie czło­wiek, któ­ry wie, co trze­ba ro­bić, spo­ty­ka­jąc ra­kie­ty ob­cych pla­net.

– Zbli­żył­bym się – po­wie­dział głu­chym, dziw­nie zgru­bia­łym gło­sem.

Cały kurs za­marł. Wszy­scy wie­trzy­li coś mniej nud­ne­go niż wy­kład.

– Bar­dzo do­brze – rzekł oj­cow­sko Ośla Łącz­ka – i co da­lej?

– Za­sto­po­wał­bym – wy­buch­nął ka­det Pirx, czu­jąc, że znaj­du­je się już da­le­ko poza przed­nią li­nią swych wia­do­mo­ści. Go­rącz­ko­wo po­szu­ki­wał w opu­sto­sza­łej gło­wie ja­kichś pa­ra­gra­fów Po­stę­po­wa­nia w Prze­strze­ni. Miał wra­że­nie, że w ży­ciu nie wi­dział go na oczy. Spu­ścił skrom­nie wzrok i zo­ba­czył wte­dy, jak Smi­ga mówi coś w jego stro­nę sa­my­mi usta­mi. Od­czy­tał to i po­wtó­rzył gło­śno, za­nim jesz­cze sens tych słów do­tarł do nie­go:

– Przed­sta­wił­bym się im.

Cały kurs ryk­nął jak je­den czło­wiek. Ośla Łącz­ka wal­czył se­kun­dę, ale też wy­buch­nął śmie­chem. Bar­dzo szyb­ko spo­waż­niał.