Opowieści o pilocie Pirxie
Stanisław Lem — Klasyka science fiction

– Ka­det zgło­si się do mnie ju­tro z książ­ką na­wi­ga­cyj­ną. Ka­det Bo­erst!

Pirx usiadł, jak­by krze­sło było ze szkła nie cał­kiem jesz­cze osty­głe­go. Nie miał na­wet wiel­kie­go żalu do Smi­gi – on już taki był, nie mógł prze­pu­ścić oka­zji, je­śli się nada­rzy­ła. Nie sły­szał ani sło­wa z tego, co mó­wił Bo­erst – ry­so­wał na ta­bli­cy krzy­we, a Ośla Łącz­ka ści­szał po swo­je­mu od­po­wie­dzi elek­tro­no­we­go Kal­ku­la­to­ra, tak że od­po­wia­da­ją­cy gu­bił się na ko­niec w ob­li­cze­niach. Re­gu­la­min ze­zwa­lał na ko­rzy­sta­nie z po­mo­cy Kal­ku­la­to­ra, ale Ośla Łącz­ka miał w tej spra­wie wła­sną teo­rię: „Kal­ku­la­tor też czło­wiek – mó­wił – i może się po­psuć”. Pirx nie miał na­wet żalu do Oślej Łącz­ki. Nie miał żalu do ni­ko­go. Pra­wie ni­g­dy. Po pię­ciu mi­nu­tach stał już przed skle­pem na Dy­er­hof­fa i oglą­dał na wy­sta­wie ga­zo­we pi­sto­le­ty, z któ­rych moż­na strze­lać pa­tro­na­mi śle­py­mi, ku­lo­wy­mi lub ga­zo­wy­mi – kom­plet sześć ko­ron, z set­ką na­boi. Oczy­wi­ście na Dy­er­hof­fa był w wy­obraź­ni.