Opowieści o pilocie Pirxie
Stanisław Lem — Klasyka science fiction

Dia­bli wie­dzą, dla­cze­go w tych ma­łych jed­no­oso­bo­wych ra­kie­tach pi­lot sie­dział w wiel­kiej szkla­nej bani trzy­me­tro­wej śred­ni­cy. Ba­nia ta, choć zu­peł­nie prze­zro­czy­sta, nie była oczy­wi­ście ze szkła – w do­dat­ku pręż­na, o ela­stycz­no­ści gru­bej, bar­dzo twar­dej gumy. Ten pę­cherz, z roz­kła­da­nym fo­te­lem pi­lo­ta po­środ­ku, wpa­so­wa­ny był do­pie­ro w głąb wła­ści­wej ste­row­ni – po­miesz­cze­nia z lek­ka stoż­ko­wa­te­go, tak że sie­dząc w swo­im „fo­te­lu den­ty­stycz­nym” – tak go na­zy­wa­no – i mo­gąc ob­ra­cać się na jego pio­no­wej osi, pi­lot wi­dział po­przez szkla­ne ścia­ny pę­che­rza, w któ­rym był za­mknię­ty, wszyst­kie ta­bli­ce ze­ga­rów, wskaź­ni­ki, ekra­ny przed­nie, tyl­ne, bocz­ne, tar­cze obu Kal­ku­la­to­rów i astro­gra­fu oraz – naj­święt­sze z świę­tych – tra­jek­to­metr, któ­ry gru­bą, moc­no świe­cą­cą wstę­gą ry­so­wał na ma­to­wej, wy­pu­kłej tar­czy dro­gę po­ci­sku wzglę­dem tła nie­ru­cho­mych gwiazd w pro­jek­cji Ha­rels­ber­ge­ra. Ele­men­ty tej pro­jek­cji trze­ba było znać na pa­mięć i umieć je od­czy­ty­wać z apa­ra­tu w każ­dej po­zy­cji, na­wet wi­sząc do góry no­ga­mi.