Opowieści o pilocie Pirxie
Stanisław Lem — Klasyka science fiction

Poza tym ce­lem głów­nym – ra­to­wa­nia pi­lo­ta w wy­pad­ku nie­da­ją­cej się opa­no­wać awa­rii – miał jesz­cze szkla­ny pę­cherz coś osiem bar­dzo waż­nych po­wo­dów, dla któ­rych zo­stał skon­stru­owa­ny, i Pirx w pew­nych po­myśl­nych oko­licz­no­ściach po­tra­fił­by je na­wet wszyst­kie wy­re­cy­to­wać, ale ża­den nie tra­fił jemu (ani in­nym kur­san­tom) do prze­ko­na­nia.

Uło­żyw­szy się na­le­ży­cie, z wiel­kim tru­dem zgi­na­jąc się w pa­sie, aby wkrę­cić wszyst­kie wy­sta­ją­ce i zwi­sa­ją­ce z nie­go rur­ki, ka­ble i prze­wo­dy w koń­ców­ki ster­czą­ce z fo­te­la (przy czym za każ­dym ra­zem, kie­dy po­chy­lał się do przo­du, kom­bi­ne­zon po­py­chał go mięk­ką bułą w brzuch), na­tu­ral­nie po­my­lił ka­be­lek fo­nii z grzej­nym; na szczę­ście mia­ły róż­ny gwint, ale o po­mył­ce prze­ko­nał się do­pie­ro, gdy za­czę­ły bić na nie­go siód­me poty – i w szme­rze sprę­żo­ne­go po­wie­trza, któ­re bły­ska­wicz­nie wy­peł­ni­ło cały kom­bi­ne­zon, opadł z wes­tchnie­niem w tył, prze­kła­da­jąc lewą i pra­wą ręką oba udo­wo-bar­ko­we pasy.