Podobno raz zdarzyło się, że usłyszawszy gromowe z e r o , wystartowało dwóch kursantów naraz – ten właściwy i ten, który czekał obok na swoją kolejkę – i szli w odległości dwustu metrów pionowymi świecami, mogąc w każdym ułamku sekundy zderzyć się – przynajmniej opowiadano tak na kursie. Od tego czasu – podobno – kabel zapłonowy włączano w ostatniej chwili, zdalnie, robił to sam komendant lotniska ze swojej oszklonej nawigatorni – i całe to liczenie było zwykłym blefem. Nikt jednak nie wiedział, jak jest naprawdę.