Opowieści o pilocie Pirxie
Stanisław Lem — Klasyka science fiction

Po­dob­no raz zda­rzy­ło się, że usły­szaw­szy gro­mo­we z e r o , wy­star­to­wa­ło dwóch kur­san­tów na­raz – ten wła­ści­wy i ten, któ­ry cze­kał obok na swo­ją ko­lej­kę – i szli w od­le­gło­ści dwu­stu me­trów pio­no­wy­mi świe­ca­mi, mo­gąc w każ­dym ułam­ku se­kun­dy zde­rzyć się – przy­naj­mniej opo­wia­da­no tak na kur­sie. Od tego cza­su – po­dob­no – ka­bel za­pło­no­wy włą­cza­no w ostat­niej chwi­li, zdal­nie, ro­bił to sam ko­men­dant lot­ni­ska ze swo­jej oszklo­nej na­wi­ga­tor­ni – i całe to li­cze­nie było zwy­kłym ble­fem. Nikt jed­nak nie wie­dział, jak jest na­praw­dę.