Opowieści o pilocie Pirxie
Stanisław Lem — Klasyka science fiction

– Z e r o!! – roz­le­gło się w słu­chaw­kach. Jed­no­cze­śnie Pirx usły­szał stłu­mio­ny, prze­cią­gły ło­skot, jego fo­tel za­drgał le­ciut­ko, od­bi­te iskier­ki świa­teł de­li­kat­nie po­ru­szy­ły się w szkla­nej osło­nie, pod któ­rą le­żał roz­po­star­ty, pa­trząc w su­fit – to zna­czy w astro­graf, wskaź­ni­ki cyr­ku­la­cji chło­dze­nia, cią­gu dysz głów­nych, dysz po­moc­ni­czych, gę­sto­ści stru­mie­nia neu­tro­nów, wskaź­nik za­nie­czysz­czeń izo­to­po­wych i jesz­cze osiem­na­ście in­nych, któ­rych po­ło­wa zaj­mo­wa­ła się wy­łącz­nie sa­mo­po­czu­ciem bo­oste­ra – drga­nie osła­bło, ścia­na głu­che­go huku prze­su­nę­ła się gdzieś obok i zda­wa­ła się roz­pły­wać w gó­rze, jak gdy­by w nie­bo pod­nie­sio­na zo­sta­ła ja­kaś nie­wi­dzial­na kur­ty­na, grom był co­raz dal­szy i co­raz bar­dziej, jak zwy­kle, po­dob­ny do od­gło­su da­le­kiej bu­rzy, aż zro­bi­ło się ci­cho.

Coś syk­nę­ło i za­bzy­cza­ło – na­wet nie zdą­żył się prze­stra­szyć. To sa­mo­czyn­ny bez­piecz­nik włą­czył za­blo­ko­wa­ne do­tych­czas ekra­ny – były za­mknię­te od ze­wnątrz, kie­dy star­to­wał ktoś w po­bli­żu, żeby ośle­pia­ją­cy pło­mień ato­mo­we­go od­rzu­tu nie uszko­dził obiek­ty­wów.