Chciał powiedzieć „pilot Boerst”, bo sobie dobrze zapamiętał, jak Boerst mówił. – Idioto! – ryknął na siebie w ciszy, która zapadła. Automat (czy wszystkie automaty muszą mieć głos podoficera?) wyszczekiwał:
– Do startu szesnaście – piętnaście – czternaście… Pilot Pirx pocił się. Usiłował przypomnieć sobie coś szalenie ważnego, o czym wiedział, że jest po prostu sprawą życia i śmierci, ale w żaden sposób nie mógł.
– …sześć, pięć do startu, cztery…
Zacisnął mokre palce na rękojeści startowej. Była na szczęście chropawa. Czy wszyscy się tak pocą? Widocznie – przemknęło mu, gdy słuchawka warknęła:
– Z e r o !!!
Jego ręka sama – zupełnie sama – pociągnęła dźwignię, pchnęła ją do połowy i tak pozostała. Ryknęło. Jakby elastyczna prasa zleciała mu na pierś i głowę. Booster – zdążył pomyśleć i pociemniało mu w oczach. Tylko trochę i tylko na chwilę. Gdy już mógł dobrze widzieć, choć ten sam nieustępliwy ciężar czuł rozlany w całym ciele, wszystkie ekrany – przynajmniej te trzy, które miał na wprost – wyglądały jak wybiegające z miliona garnków mleko.