Opowieści o pilocie Pirxie
Stanisław Lem — Klasyka science fiction

Chciał po­wie­dzieć „pi­lot Bo­erst”, bo so­bie do­brze za­pa­mię­tał, jak Bo­erst mó­wił. – Idio­to! – ryk­nął na sie­bie w ci­szy, któ­ra za­pa­dła. Au­to­mat (czy wszyst­kie au­to­ma­ty mu­szą mieć głos pod­ofi­ce­ra?) wy­szcze­ki­wał:

– Do star­tu szes­na­ście – pięt­na­ście – czter­na­ście… Pi­lot Pirx po­cił się. Usi­ło­wał przy­po­mnieć so­bie coś sza­le­nie waż­ne­go, o czym wie­dział, że jest po pro­stu spra­wą ży­cia i śmier­ci, ale w ża­den spo­sób nie mógł.

– …sześć, pięć do star­tu, czte­ry…

Za­ci­snął mo­kre pal­ce na rę­ko­je­ści star­to­wej. Była na szczę­ście chro­pa­wa. Czy wszy­scy się tak pocą? Wi­docz­nie – prze­mknę­ło mu, gdy słu­chaw­ka wark­nę­ła:

– Z e r o !!!

Jego ręka sama – zu­peł­nie sama – po­cią­gnę­ła dźwi­gnię, pchnę­ła ją do po­ło­wy i tak po­zo­sta­ła. Ryk­nę­ło. Jak­by ela­stycz­na pra­sa zle­cia­ła mu na pierś i gło­wę. Bo­oster – zdą­żył po­my­śleć i po­ciem­nia­ło mu w oczach. Tyl­ko tro­chę i tyl­ko na chwi­lę. Gdy już mógł do­brze wi­dzieć, choć ten sam nie­ustę­pli­wy cię­żar czuł roz­la­ny w ca­łym cie­le, wszyst­kie ekra­ny – przy­naj­mniej te trzy, któ­re miał na wprost – wy­glą­da­ły jak wy­bie­ga­ją­ce z mi­lio­na garn­ków mle­ko.