Opowieści o pilocie Pirxie
Stanisław Lem — Klasyka science fiction

Aha, prze­bi­jam chmu­ry – po­my­ślał. My­śla­ło mu się te­raz jak­by wol­niej, nie­co ospa­le, ale w zu­peł­nym spo­ko­ju. Po dłuż­szej chwi­li zro­bi­ło się tak, jak­by był je­dy­nie świad­kiem ca­łej tej sce­ny, tro­chę śmiesz­nej – fa­cet leży roz­wa­lo­ny w „fo­te­lu den­ty­stycz­nym”, ani ręką, ani nogą, chmu­ry zni­kły, nie­bo jest jesz­cze tro­chę nie­bie­skie, ale jak farb­ka fał­szo­wa­na tu­szem, coś jak­by gwiaz­dy wi­dać – gwiaz­dy czy nie?

Tak, to były gwiaz­dy. Wskaź­ni­ki cho­dzi­ły so­bie na su­fi­cie, na ścia­nach, każ­dy ina­czej, każ­dy coś po­ka­zy­wał, wszyst­ko trze­ba było wi­dzieć, a on miał tyl­ko dwo­je oczu. Nie­mniej lewa jego ręka na krót­ki po­wta­rza­ją­cy się gwizd w słu­chaw­kach sama – zno­wu sama – po­cią­gnę­ła wy­rzut­nik bo­oste­ra. Od razu zro­bi­ło się tro­chę lżej – szyb­kość 7,1 na se­kun­dę, wy­so­kość 201 ki­lo­me­trów, za­da­na krzy­wa star­tu koń­czy się, przy­spie­sze­nie 1,9, moż­na sia­dać i w ogó­le te­raz do­pie­ro bę­dzie cała masa ro­bo­ty!

Sia­dał po­wo­li, na­ci­ska­jąc po­ręcz, przez co opar­cie fo­te­la pod­no­si­ło się – i na­gle cały ścierpł.

Gdzie jest bryk?!