Opowieści o pilocie Pirxie
Stanisław Lem — Klasyka science fiction

Po dzwon­ku kurs opu­ścił salę, nie z krzy­kiem i tu­pa­niem jak pierw­szy czy dru­gi – nie byli w koń­cu dzieć­mi! Nie­mal po­ło­wa po­cią­gnę­ła do ja­dal­ni – nie było tam o tej po­rze nic do je­dze­nia, ale moż­na było spo­tkać nową kel­ner­kę. Po­dob­no ład­na. Pirx szedł wol­no mię­dzy szkla­ny­mi sza­fa­mi, peł­ny­mi gwiaz­do­wych glo­bu­sów, i z każ­dym kro­kiem tra­cił na­dzie­ję, że w kie­szon­ce znaj­dzie się dwu­ko­ro­nów­ka. Na ostat­nim schod­ku wie­dział, że jej tam ni­g­dy nie było.

Pod bra­mą sta­li Bo­erst, Smi­ga i Pay­artz, z któ­rym sie­dział pół roku przy jed­nym sto­le na ko­smo­de­zji. Wszyst­kie gwiaz­dy w atla­sie za­sma­ro­wał Pi­rxo­wi tu­szem.

– Masz ju­tro prób­ny lot – po­wie­dział do nie­go Bo­erst, kie­dy ich mi­jał.

– W po­rząd­ku – od­parł fleg­ma­tycz­nie. Nie da­wał się tak ła­two na­bie­rać.

– Nie wie­rzysz – to prze­czy­taj! – stuk­nął Bo­erst pal­cem w szkło ta­bli­cy ogło­szeń.

Chciał iść da­lej, ale gło­wa ja­koś sama mu się wy­krę­ci­ła. Na li­ście były tyl­ko trzy na­zwi­ska. „Ka­det Pirx” – sta­ło tam jak wół, na sa­mej gó­rze.

Przez chwi­lę nie wi­dział nic.

Po­tem usły­szał z da­le­ka wła­sny głos, któ­ry mó­wił: