Po dzwonku kurs opuścił salę, nie z krzykiem i tupaniem jak pierwszy czy drugi – nie byli w końcu dziećmi! Niemal połowa pociągnęła do jadalni – nie było tam o tej porze nic do jedzenia, ale można było spotkać nową kelnerkę. Podobno ładna. Pirx szedł wolno między szklanymi szafami, pełnymi gwiazdowych globusów, i z każdym krokiem tracił nadzieję, że w kieszonce znajdzie się dwukoronówka. Na ostatnim schodku wiedział, że jej tam nigdy nie było.
Pod bramą stali Boerst, Smiga i Payartz, z którym siedział pół roku przy jednym stole na kosmodezji. Wszystkie gwiazdy w atlasie zasmarował Pirxowi tuszem.
– Masz jutro próbny lot – powiedział do niego Boerst, kiedy ich mijał.
– W porządku – odparł flegmatycznie. Nie dawał się tak łatwo nabierać.
– Nie wierzysz – to przeczytaj! – stuknął Boerst palcem w szkło tablicy ogłoszeń.
Chciał iść dalej, ale głowa jakoś sama mu się wykręciła. Na liście były tylko trzy nazwiska. „Kadet Pirx” – stało tam jak wół, na samej górze.
Przez chwilę nie widział nic.
Potem usłyszał z daleka własny głos, który mówił: