Opowieści o pilocie Pirxie
Stanisław Lem — Klasyka science fiction

Cią­że­nie zni­kło, ale był przy­pię­ty do fo­te­la, jak się pa­trzy – tyle że czuł się bar­dzo lek­ki. Ekran przed­ni – gwiaz­dy, i bia­ła­wo­bu­ry rą­bek na sa­mym dol­nym skra­ju, ekran bocz­ny – nic, tyl­ko czar­no i gwiaz­dy. Ekran spodni – aha! Z uwa­gą przy­glą­dał się Zie­mi – pę­dził nad nią na wy­so­ko­ści od 700 do 2400 km, w gra­ni­cach swo­jej or­bi­ty – była ol­brzy­mia, wy­peł­nia­ła cały ekran, aku­rat le­ciał nad Gren­lan­dią – Gren­lan­dią chy­ba? – za­nim do­szedł do tego, co to jest, był już nad pół­noc­ną Ka­na­dą. Do­oko­ła bie­gu­na ja­rzy­ły się śnie­gi – oce­an był czar­no­fio­le­to­wy, wy­pu­kły, gład­ki, jak od­la­ny z że­la­za, chmur dziw­nie mało, jak­by ktoś rzad­ką pap­kę roz­chla­pał tu i ów­dzie na wy­pu­kło­ści – zer­k­nął na ze­gar.

Le­ciał już sie­dem­na­ście mi­nut.