Opowieści o pilocie Pirxie
Stanisław Lem — Klasyka science fiction

– To co? Po­wie­dzia­łem prze­cież: w po­rząd­ku.

Mi­nął ich i po­szedł alej­ką mię­dzy klom­ba­mi. W tym roku była na nich masa nie­za­po­mi­na­jek, za­sa­dzo­nych prze­myśl­nie w kształ­cie lą­du­ją­cej ra­kie­ty. Ja­skry wy­obra­ża­ły ogień wy­lo­to­wy, ale już prze­kwi­tły. Nie wi­dział klom­bów, ścież­ki, nie­za­po­mi­na­jek ani Oślej Łącz­ki, któ­ry po­spiesz­nym kro­kiem wy­szedł z bocz­ne­go skrzy­dła in­sty­tu­tu. O mało nie wle­ciał na nie­go przy bra­mie. Za­sa­lu­to­wał mu przed sa­mym no­sem.

– A, Pirx! – po­wie­dział Ośla Łącz­ka. – Ka­det leci ju­tro? Do­bre­go od­rzu­tu! Może ka­de­to­wi uda się spo­tkać tych – z in­nych pla­net.

In­ter­nat znaj­do­wał się w par­ku, po prze­ciw­nej stro­nie, za wiel­ki­mi pła­czą­cy­mi wierz­ba­mi. Stał nad sta­wem, a bocz­ne skrzy­dło wzno­si­ło się nad samą wodą, pod­stem­plo­wa­ne ka­mien­ny­mi ko­lum­na­mi. O tych ko­lum­nach ktoś pu­ścił baj­kę, że przy­wie­zio­ne zo­sta­ły z Księ­ży­ca – oczy­wi­sta buj­da – ale pierw­szy kurs rzeź­bił na nich swo­je ini­cja­ły i daty ze świę­tym wzru­sze­niem. Na­zwi­sko Pi­rxa też gdzieś tam było – wy­rył je pra­co­wi­cie przed czte­re­ma laty.