– To co? Powiedziałem przecież: w porządku.
Minął ich i poszedł alejką między klombami. W tym roku była na nich masa niezapominajek, zasadzonych przemyślnie w kształcie lądującej rakiety. Jaskry wyobrażały ogień wylotowy, ale już przekwitły. Nie widział klombów, ścieżki, niezapominajek ani Oślej Łączki, który pospiesznym krokiem wyszedł z bocznego skrzydła instytutu. O mało nie wleciał na niego przy bramie. Zasalutował mu przed samym nosem.
– A, Pirx! – powiedział Ośla Łączka. – Kadet leci jutro? Dobrego odrzutu! Może kadetowi uda się spotkać tych – z innych planet.
Internat znajdował się w parku, po przeciwnej stronie, za wielkimi płaczącymi wierzbami. Stał nad stawem, a boczne skrzydło wznosiło się nad samą wodą, podstemplowane kamiennymi kolumnami. O tych kolumnach ktoś puścił bajkę, że przywiezione zostały z Księżyca – oczywista bujda – ale pierwszy kurs rzeźbił na nich swoje inicjały i daty ze świętym wzruszeniem. Nazwisko Pirxa też gdzieś tam było – wyrył je pracowicie przed czterema laty.