W swoim pokoju – miał tak mały, że nie dzielił go z nikim – dłuższy czas wahał się, czy otworzyć szafkę. Dokładnie pamiętał, gdzie leżą stare spodnie. Nie wolno ich było mieć, dlatego je miał. Poza tym nie było z nich żadnego pożytku. Zamknął oczy, kucnął przy szafie, spoza uchylonych drzwi wsadził rękę do środka – i namacał kieszonkę. Naturalnie – od razu wiedział. Była pusta.
Stał w nie nadętym kombinezonie na stalowej desce pomostu pod samym stropem hali, trzymając się łokciem rozpiętej jako poręcz liny, bo obie ręce miał zajęte. W jednej trzymał książkę nawigacyjną, w drugiej – bryk. Była to ściągawka, którą pożyczył mu Smiga – mówiono, że latał z nią cały kurs. Co prawda, nie było jasne, w jaki sposób wracała, bo po próbnym locie opuszczało się Instytut i szło na Północ, do Bazy, gdzie zaczynało się wkuwanie do końcowych egzaminów. Widać – jednak jakoś wracała – może zrzucali ją na spadochronie? Oczywiście był to tylko żart.