Opowieści o pilocie Pirxie
Stanisław Lem — Klasyka science fiction

W swo­im po­ko­ju – miał tak mały, że nie dzie­lił go z ni­kim – dłuż­szy czas wa­hał się, czy otwo­rzyć szaf­kę. Do­kład­nie pa­mię­tał, gdzie leżą sta­re spodnie. Nie wol­no ich było mieć, dla­te­go je miał. Poza tym nie było z nich żad­ne­go po­żyt­ku. Za­mknął oczy, kuc­nął przy sza­fie, spo­za uchy­lo­nych drzwi wsa­dził rękę do środ­ka – i na­ma­cał kie­szon­kę. Na­tu­ral­nie – od razu wie­dział. Była pu­sta.

Stał w nie na­dę­tym kom­bi­ne­zo­nie na sta­lo­wej de­sce po­mo­stu pod sa­mym stro­pem hali, trzy­ma­jąc się łok­ciem roz­pię­tej jako po­ręcz liny, bo obie ręce miał za­ję­te. W jed­nej trzy­mał książ­kę na­wi­ga­cyj­ną, w dru­giej – bryk. Była to ścią­gaw­ka, któ­rą po­ży­czył mu Smi­ga – mó­wio­no, że la­tał z nią cały kurs. Co praw­da, nie było ja­sne, w jaki spo­sób wra­ca­ła, bo po prób­nym lo­cie opusz­cza­ło się In­sty­tut i szło na Pół­noc, do Bazy, gdzie za­czy­na­ło się wku­wa­nie do koń­co­wych eg­za­mi­nów. Wi­dać – jed­nak ja­koś wra­ca­ła – może zrzu­ca­li ją na spa­do­chro­nie? Oczy­wi­ście był to tyl­ko żart.