Opowieści o pilocie Pirxie
Stanisław Lem — Klasyka science fiction

Stał na sprę­ży­nu­ją­cej de­sce za­wie­szo­ny nad czter­dzie­sto­me­tro­wą ot­chła­nią i skra­cał so­bie czas wy­obra­ża­niem tego, czy będą go ma­cać – to się, nie­ste­ty, zda­rza­ło. Ka­de­ci bra­li na prób­ne loty naj­dziw­niej­sze i naj­su­ro­wiej za­ka­za­ne rze­czy: po­czy­na­jąc od pła­skich fla­szek z wód­ką, a koń­cząc na ty­to­niu do żu­cia i fo­to­gra­fiach zna­jo­mych dziew­cząt. Nie mó­wiąc na­tu­ral­nie o bry­kach. Pirx dłu­go szu­kał na so­bie miej­sca, w któ­rym by go ukryć. Cho­wał go też z pięt­na­ście razy – do buta pod pię­tą, mię­dzy obie skar­pet­ki do cho­lew­ki, do we­wnętrz­nej kie­sze­ni kom­bi­ne­zo­nu, do ma­łe­go atla­si­ku gwiazd – taki atla­sik był do­zwo­lo­ny – nie­zły był­by też fu­te­rał od oku­la­rów, ale po pierw­sze, mu­siał­by to być ol­brzy­mi fu­te­rał, a po wtó­re, nie no­sił oku­la­rów. Tro­chę póź­niej przy­po­mniał so­bie, że gdy­by no­sił, nie przy­ję­li­by go do in­sty­tu­tu.